Zimne wieczory. Wczoraj wyjęłam z szafy szlafrok i ubrałam go. Jeszcze się nie nacieszyłam latem a ono już niepostrzeżenie umyka. Czy ja nie dość docieniam każdą chwilę, że mi żal jak coś odchodzi? Mało buddyjska w tym jestem. Tęsknię. Kocham konkretnie, nie ogólnikowo. Mało buddyjska... eh, ale się uczę, codziennie bilans na plus. jeszcze kilkanaście tygodni.... i co? jak mawia córka, no i co? Nie wiem, ale czuję ze znowu ustawiłam sobie magiczna datę po której będzie tylko rozczarowanie ze nagle nie zadziało się coś spektakularnie odmieniającego. Patrzę w kalendarz i widzę listopad. Co zrobię?